Rozdział 6
Zwyciężyła jednak kultura osobista. Miałam swoją dumę, lecz pomyślałam, że ewentualnie sama go zamorduję, jeżeli będzie chciał zrobić ze mną coś nieprzyzwoitego.
Weszłam z wahaniem i zdjęłam kapcie:
-Och, don't take off your shoes!- Szybko wyjął z komody inną parę kapci, znacznie wygodniejszych i cieplejszych od tych, które dostałam od babci Poli. Zauważyłam że jest ubrany w piżamę, więc najpewniej spał i dlatego mi nie otwierał.
Przeszłam z ciastem do kuchni, gdzie postawiłam je na blacie i zauważyłam, że krzesło, na którym wcześniej wisiał mundur, jest teraz puste.
-How are you today?- Zapytał, zaglądając mi przez ramię, a ja odskoczyłam jak poparzona jego nagłym pojawieniem się za mną.-Och, I'm so sorry. I didn't mean to scare you. Are you alright?- Zapytał szczerze skruszony i zmartwiony
-Yes.- Odpowiedziałam niepewnie, lecz moje ciało całe dygotało z przerażenia. Teraz żałowałam swojego wyboru. Po co ja się pchałam do tego mieszkania?- I brought cake for you.- Udało mi się wydobyć z siebie głos
-I see. How is it called?- Zapytał z zaciekawieniem
-It's... karpatka.- Odparłam nieśmiało, na chwilę zapominając nazwę ciasta, a serce ani trochę nie chciało zwolnić swojego oszalałego bicia
-Sounds nice.- Uśmiechnął się ciepło- Maybe...- Zaczął i spojrzał z obawą na drzwi wejściowe-...Maybe would you stay and eat with me?- Zaproponował nieśmiało, spoglądając na mnie łagodnie
-Um... I think that's not good idea.- Zaprzeczyłam jakby niechętnie- I should come back.- Szybko ruszyłam do drzwi.
-Wait, please.- Zawołał za mną, a ja, nie wiedząc czemu, się zatrzymałam- I want to give you something.- Pomacał się po kieszeniach spodni w poszukiwaniu czegoś
-But I don't want to take anything from you.
-It's yours...- To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. Podszedł do mnie, a w dłoni coś ściskał, lecz niebawem ją rozchylił i mym oczom ukazało się coś, co faktycznie mogło do mnie teraz należeć. W jego dłoni spoczywała złota obrączka ślubna mojej mamy.
Niepewnie wzięłam ją od niego i uważnie obejrzałam. Była czysta, a nie we krwi, kiedy ją ostatnio widziałam, a inskrypcja z datą ślubu moich rodziców się zgadzała, 15.01.1925 r. Przegryzłam dolną wargę i powstrzymałam łzy
-I'm so sorry.- Wyszeptał- That's the only thing I could take...
-Did you see them?- Zapytałam niemal wchodząc mu w słowo i nie spuszczając wzroku z obrączki
-Yes.- Przytaknął, a ja poczułam, że robi mi się słabo.- You looks like your mum so I decided to take it for you.
-When did you take it?- Łzy spłynęły mi po policzku.
-A few days ago. I heard your story from Mat so I went to the morgue. I found your family before they burnt.- Wyjaśnił. Wszystkie martwe ciała zawsze zabiera się do kostnicy, a później pali w krematoriach, a przynajmniej tyle wiedziałam już wcześniej. Teraz przynajmniej wiem, że z mojej rodziny został popiół...
-Thank you.- Podziękowałam i wyszłam...
Weszłam z wahaniem i zdjęłam kapcie:
-Och, don't take off your shoes!- Szybko wyjął z komody inną parę kapci, znacznie wygodniejszych i cieplejszych od tych, które dostałam od babci Poli. Zauważyłam że jest ubrany w piżamę, więc najpewniej spał i dlatego mi nie otwierał.
Przeszłam z ciastem do kuchni, gdzie postawiłam je na blacie i zauważyłam, że krzesło, na którym wcześniej wisiał mundur, jest teraz puste.
-How are you today?- Zapytał, zaglądając mi przez ramię, a ja odskoczyłam jak poparzona jego nagłym pojawieniem się za mną.-Och, I'm so sorry. I didn't mean to scare you. Are you alright?- Zapytał szczerze skruszony i zmartwiony
-Yes.- Odpowiedziałam niepewnie, lecz moje ciało całe dygotało z przerażenia. Teraz żałowałam swojego wyboru. Po co ja się pchałam do tego mieszkania?- I brought cake for you.- Udało mi się wydobyć z siebie głos
-I see. How is it called?- Zapytał z zaciekawieniem
-It's... karpatka.- Odparłam nieśmiało, na chwilę zapominając nazwę ciasta, a serce ani trochę nie chciało zwolnić swojego oszalałego bicia
-Sounds nice.- Uśmiechnął się ciepło- Maybe...- Zaczął i spojrzał z obawą na drzwi wejściowe-...Maybe would you stay and eat with me?- Zaproponował nieśmiało, spoglądając na mnie łagodnie
-Um... I think that's not good idea.- Zaprzeczyłam jakby niechętnie- I should come back.- Szybko ruszyłam do drzwi.
-Wait, please.- Zawołał za mną, a ja, nie wiedząc czemu, się zatrzymałam- I want to give you something.- Pomacał się po kieszeniach spodni w poszukiwaniu czegoś
-But I don't want to take anything from you.
-It's yours...- To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. Podszedł do mnie, a w dłoni coś ściskał, lecz niebawem ją rozchylił i mym oczom ukazało się coś, co faktycznie mogło do mnie teraz należeć. W jego dłoni spoczywała złota obrączka ślubna mojej mamy.
Niepewnie wzięłam ją od niego i uważnie obejrzałam. Była czysta, a nie we krwi, kiedy ją ostatnio widziałam, a inskrypcja z datą ślubu moich rodziców się zgadzała, 15.01.1925 r. Przegryzłam dolną wargę i powstrzymałam łzy
-I'm so sorry.- Wyszeptał- That's the only thing I could take...
-Did you see them?- Zapytałam niemal wchodząc mu w słowo i nie spuszczając wzroku z obrączki
-Yes.- Przytaknął, a ja poczułam, że robi mi się słabo.- You looks like your mum so I decided to take it for you.
-When did you take it?- Łzy spłynęły mi po policzku.
-A few days ago. I heard your story from Mat so I went to the morgue. I found your family before they burnt.- Wyjaśnił. Wszystkie martwe ciała zawsze zabiera się do kostnicy, a później pali w krematoriach, a przynajmniej tyle wiedziałam już wcześniej. Teraz przynajmniej wiem, że z mojej rodziny został popiół...
-Thank you.- Podziękowałam i wyszłam...
Komentarze
Prześlij komentarz